Aby zapewnić trwałość zdobyczom Unii Europejskiej i sprostać globalnym wyzwaniom naszych czasów, potrzebujemy duchowej jedności Europy, potrzebujemy europejskiego poczucia tożsamości.

Home » Aktualności » Publikujemy eseje uczestników seminariów "Dekada (nie)ograniczonych możliwości"

Publikujemy eseje uczestników seminariów "Dekada (nie)ograniczonych możliwości"

Zachęcamy do lektury esejów osób, które brały udział w konwersatoriach na temat lat 90-tych. Poniżej efekty naszych dyskusji. Jednocześnie informujemy, że już za miesiąc otwieramy rekrutację do nowego cyklu seminariów o po-transformacyjnej "dekadzie(nie)ograniczonych możliwości". Tym razem skoncentrujemy się na kulturze i wątkach społecznych. 

 

Dekada (nie)ograniczonych możliwości

Ewa Sularz*

Sześć spotkań to zdecydowanie za mało, żeby przeprowadzić gruntowną analizę dekady, czy w zasadzie okresu piętnastu lat (od 1989 – 2004 roku). Teoretycznie, a często i praktycznie wydawać by się mogło - czas nieograniczonych możliwości. Po 1989 r., zauważyć można wszelkiego rodzaju uwolnienia: wypowiedzi – nowy język mediów, artystów, społeczeństwa; granic – swoboda przemieszczania się, przyswajania nowych kultur, stylów, mód; ducha – kwestie wyznaniowe, światopoglądowe, tożsamościowe, pamięci.

 

Ale Polska to równocześnie kraj, w którym po ’89 ujawniły się konflikty, które w czasie niemal półwiecza demokracji ludowej drzemały, były ukryte. Wśród nich wyodrębnić można m. in. kwestię nieprzepracowanej traumy po II wojnie światowej, traumy Holokaustu, czy pogłębiającego ją i powiększającej zakres straty, terroru okresu stalinowskiego, który nie pozwalał na wypowiedzenie słów żałoby, zwrócenia się ku upamiętnieniu, ale wymagał tego, by na gruzach państwa z zapałem budować nowy świat, przez w wielu przypadkach zmuszonych do entuzjazmu obywateli. Po 1989 roku, społeczeństwu przyszło zmierzyć się więc z pamięcią podwójnie: z jednej strony bazując na wszelkich dostępnych źródłach na nowo opowiedzieć sobie dramat wojny, a z drugiej rozliczyć i zamknąć okres PRL-u. O ile łatwiej przychodziło rozmawiać głośno - bo już można było - o zbrodniach wojennych na wschodzie, Katyniu, ofiarach systemu totalitarnego, o tyle okres PRL-u przestał być tematem rozmów – znowu przystąpiono do wyznaczania sobie nowych celów i budowania nowego świata.

 

Badacze kultury i literatury, by opisać dekadę enigmatycznie określaną jako „okres transformacji ustrojowej”, czy pojemne „po ’89 roku”, ukuli określenia „mit przełomu” (Jarzębski, Czapliński), czy „czas zaniku centrali” (Sławiński). Miały one zwrócić uwagę na posttotalitarny kryzys tożsamości polskiego społeczeństwa, wspólnego też mieszkańcom innych krajów Europy Środkowowschodniej i wytworzoną próżnię, która wymagała zapełnienia. Mit przełomu sprzyja temu, by tworzyć nowe narracje, a nie stopniowo odrywać się od przeszłości, przepracowywać tematy i zamykać rozdziały. Mit przełomu dobrze tłumaczy to nagłe odwrócenie się od wszystkiego co było przed ’89 rokiem, niepodjęcie konfrontacji i gwałtowne rzucenie się w świat w poszukiwanie samookreślenia. Jakby upodobnienie się do mieszkańców innych regionów Europy, nieskażonych komunizmem miało załatwiać sprawę, dawać szansę na rozpoczęcie historii od nowa.

 

Za Teatrem Ósmego Dnia można powiedzieć, że w latach 90. Polska to „już nie ojczyzna, jeszcze nie Europa”. To kraj, w którym jedną narrację zastąpiono gwałtownie inną. To kraj, w którym społeczeństwo dotąd kontrolowane, zostało uwolnione, ale też poczuło się osamotnione, zdesperowane, pełne niewiary w siebie i czasem nieświadome niezdrowych nawyków. Andrzej Szczypiorski w ’94 r. pokusił się o komentarz: „W Polsce Ludowej państwa w naszym życiu było nieopisanie dużo. (Tam) człowiek pracuje na państwowej posadzie, mieszka w państwowym mieszkaniu, kupuje w państwowym sklepie państwowy chleb i państwowe mleko, posyła dzieci do państwowej szkoły, która uczy pokory i uległości wobec wszechmocy państwa, gdzie chory leczy się w państwowym szpitalu i kupuje leki w państwowej aptece (...) gdzie po prostu cały człowiek jest upaństwowiony. Od kilku lat mamy kapitalizm i wolny rynek. Państwa jest dość mało i jest dość marne jeśli idzie o postulaty obywateli.” Jeżeli w filmach polskich dokumentalistów okresu PRL, społeczeństwo jawi się jako zalęknione, powstrzymujące się od wypowiedzi, świadome możliwości manipulacji i konsekwencji wypowiedzenia niewłaściwych słów, tak w latach 90. ludzie odzyskują głos, ale jest on podszyty smutkiem, często rezygnacją, uporczywym szukaniem powodów do radości. Tak jest zarejestrowany świat po upadku PGR-ów w filmie dokumentalnym „Mgła” Ireny Kamieńskiej z 1993 r., obraz mieszkańców Warszawy w dokumencie „Portret w kropli” Kazimierza Karabasza z 1997 r., czy filmie „Kraj urodzenia” Jacka Bławuta z 2002 r., w którym rachmistrz przeprowadzający spis powszechny w momencie uzupełniania własnego formularza mówi: „Wcale mi się nie chce tej Polski zaznaczać. Ale niech już będzie.”

 

Jest też inny obraz Polaków: rzucających się w wir nowej rzeczywistości, przedsiębiorczych, dynamicznych, przytomnych, zaradnych. To pierwsi pracownicy korporacji Amway, zaangażowani, wyuczeni entuzjazmu, to przywróceni rynkowi prywaciarze - bazarowi sprzedawcy wszelkich dóbr, właściciele firm, przedsiębiorcy, uczący się na bieżąco nowego systemu gospodarczego. Literatura i film lat 90. karmią odbiorców kultury obrazkami nie tylko rozgoryczonych, narzekających i piszących donosy ludzi. Pojawia się nowy bohater „Homo Polonicus” z opowiadania Marka Nowakowskiego, czyli przedsiębiorczy Staś Bombiak, czy przechodzący przemianę i świetnie poruszający się w nowych realiach Karol z filmu „Biały” Krzysztofa Kieślowskiego. To postacie, które odnalazły się w nowym systemie przede wszystkim dlatego, że dobrze czułyby się też w każdym innym.

 

Zmiana obejmuje wszystkie rejony aktywności, dotyka każdego i od każdego wymaga nowego określenia się. Przedstawiciele kultury i sztuki nie tylko pokazują nową rzeczywistość, ale są jej elementem. Akcja performatywna Gruppy sprzed kawiarni Niespodzianka na placu Konstytucji przed czerwcowymi wyborami ’89 r., zatytułowana „Głos przyrody na Solidarność”, była sygnałem tego, że sztuka będzie podejmować tematy społeczne, polityczne, że kończy się epoka wątków, które nie mogą zaistnieć. Konsekwencją tego były przemiany artystów i poruszanej tematyki np. Grzegorz Klaman (w latach 80. drewniane figury, po 90. preparaty z ludzkiego ciała), podejmowanie tematyki ciała wypieranej w okresie PRL-u, poruszanie tematów wstydliwych społecznie bądź marginalizowanych, podejmowanie tematyki religijnej, czy flirt z kulturą masową. Niektórzy artyści doświadczyli nieobcych społeczeństwu trudności z przedefiniowaniem postawy czy wyborem nowej tematyki, jak np. uznany artysta konceptualny Przemysław Kwiek, który w latach 90. malując i sprzedając obrazki z serii „Awangarda bzy maluje” i „Awangarda bzami handluje” ujawnił dramatyczną trudność wobec potrzeby znalezienia dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości. Wszyscy, nie tylko artyści, znaleźli się gdzieś pomiędzy „czerwoną gwiazdą i nową żółtą gwiazdą zjednoczonej Europy”, jak mówi kuratorka Zdenka Badovinac.

 

Lata 90. kończą się dla Polski w 2004 roku. Moment wstąpienia do Unii Europejskiej i poprzedzające je starania były naturalną konsekwencją wyboru dokonanego już w ’89 roku. Opowiedzenie się za Europą, powrót do niej składał się na czasami bezrefleksyjną przemianę tożsamości, poszukiwanie udziału w szczęśliwszym losie. Z jednej strony jeszcze przed chwilą w gazetach pojawiały się ogłoszenia: „Zarób milion w minutę, Stargard”, „Młody, atrakcyjny przyjmie pracę tokarza lub jako pan do towarzystwa”, „Zdradzę jak urosnąć”, „Atrakcyjna, bezrobotna, lat 25, szuka pracy” – takie ogłoszenie dał mężczyzna w wieku 35 lat, który na swoje ogłoszenie nie dostawał odpowiedzi, chciał sprawdzić co traci nie będąc atrakcyjną dziewczyną (M. Szczygieł „Niedziela, która zdarzyła się w środę”). Z drugiej strony to moment, w którym Polacy mogą „odetchnąć”, doszusowali bowiem do Europy. Właściwie to po europejskiej stronie pojawił się problem z oswojeniem się z „nowymi” Europejczykami. Cees Nooteboom, holenderski prozaik te obawy nazwał po imieniu: „jesteśmy po uszy zajęci naszym sławetnym i wspaniałym zjednoczeniem, a teraz wy wypełzliście spod kamienia waszej dyktatury, którą skrycie zawsze trochę mieliśmy wam za złe i psujecie ten tak logiczny i wiele obiecujący, tak wyraźnie wyznaczony przez przyszłość bieg dziejów waszymi przestarzałymi niemodnymi obsesjami, których ponadto wy sami padacie ofiarą. I spójrzcie tylko coście u nas narobili! Nie poznajemy samych siebie!”

Właściwie dopiero po 2004 r. możliwe stało się analizowanie okresu minionego – czasu PRL, odkrywanie go na nowo – ocenianie, krytykowanie, czasem tęsknota. Ale robiono to już z bezpiecznej odległości. Okresem o którym nie warto było rozmawiać, którego zaczęto się wstydzić i od niego uciekać stały się lata 90. Cykl spotkań „Dekada (nie)ograniczonych możliwości” pokazuje, że i od lat 90. dzieli nas na tyle duża odległość, że możemy się im zacząć przyglądać.

 

* Ewa Sularz – prowadziła konwersatoria "Dekady". Historyczka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego; animatorka kultury, autorka warsztatów edukacyjnych, producentka projektów kulturalnych, ukończyła Laboratorium Edukacji Twórczej CSW Zamek Ujazdowski. Działa na rzecz innowacji w edukacji oraz tworzenia warunków do większego uczestnictwa w kulturze i procesach twórczych osób młodych. Zajmuje się historią Polski w II poł. XX wieku. Zafascynowana przemianami lat 90. i tym wszystkim co z bieżących wydarzeń staje się historią. Współpracuje m. in. z Fundacją Centrum im. Profesora Bronisława Geremka, JCC Warszawa, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Instytutem Książki. Współtworzy Biuro Działań specjalizujące się w promocji kultury.

 

 

 

Wolność zysku i strat

Marek Mróz*

Jak wiadomo w ’89 roku Polska obaliła komunizm w imię szeroko rozumianej wolności. To pod jej hasłami formowała się opozycja i pod jej hasłami walczyła w najtrudniejszych czasach. Ale wiadomo również, że wolność ta okazała się piękną ideą, której pomimo mnogości definicji, nie potrafiliśmy właściwie pojąć.

Nie było to łatwe, jak pewnie zawsze bywa z pięknymi ideami. Ładnie trzepocą na sztandarze i dobrze służą w warstwie projektu, gorzej gdy trzeba je przekuwać w systemy, wznosić na nich budowle, i tworzyć właściwe koncepcje. Wówczas sama wolność szybko okazuje się niewystarczająca. Zwłaszcza, że z dnia na dzień zmienia definicję, i z wzniosłej wolności „od” staje się wolnością „ku” czemuś. Inaczej jeszcze: przybiera ton bezwzględnej Sartre’owskiej wolności, od której nie ma właściwie ucieczki.

Nie może dziwić, że wychodząc z komunizmu nie byliśmy na to przygotowani i że rodziło to komplikacje. Widać je na wielu płaszczyznach, niektóre z nich podnosiliśmy podczas seminarium dotyczącego lat ’90-tych organizowanego przez Fundację im. B. Geremka: to próba zmiany szarej rzeczywistości na feerię wielobarwnych budowli, czy po prostu innych w stosunku do tego co wokół. Bez przemyślanego planu i właściwego oglądu przestrzeni. Dotyczy to również pierwszych protestów, tak przeciwko koncepcjom artystycznym jak i przeciwko chorym na „ejc”(cytat z plakatu) ulokowanym na obrzeżach stolicy.

Lecz obok tego były jeszcze szersze wyzwania. Zubożałe państwo chyli się ku upadkowi, i trzeba szybko podejmować poważne decyzje. Teoretycznie w grę wchodzi wszystko, ale w rzeczywistości alternatywy nie ma. Wybieramy plan liberalny, odpowiednio podrasowany. Andrzej Leder zauważył, że wszystko co mogliśmy zrobić, to usiąść przy stoliku i z góry przyjąć zasady gry, w którą wówczas grano. Bez prawa weta i rzucania kart. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale oznacza to iluzoryczność wyborów jakich mogliśmy dokonać. Wolność przybrała charakter wolności Kantowskiej, w której otrzymuje rolę pierwszego poruszyciela, a później płynie z nurtem dyktowanym przez rzekę.

Na tym tle dokonuje się nasza wielka transformacja, na dziesiątki lat określająca nasze miejsce w przestrzeni. Bolączki znamy aż nadto, dużo się o nich mówiło przy okazji obchodów ćwierćwiecza czerwcowych wyborów. Choć wszystkie wygłaszane były przy dobrze zastawionym stole, skąd łatwo spierać się o plan Balcerowicza i mnożyć wypaczenia.

Z drugiej jednak strony transformacja lat ’90 nie ma tylko charakteru gospodarczego. Albo inaczej: w korelacji z nim dokonują się inne przemiany, które mają dwuznaczne efekty, jak dwuznaczność wpisana jest w greckie pojęcie farmakon. System gospodarczy wymusza współzawodnictwo i skraca czas na wykonanie celu. A w społeczeństwie zaprogramowanym na rywalizację coraz trudniej o zwykłe kontakty. Postępuje atomizacja, relacje międzyludzkie formalizują się i narasta dystans. Świat się przewartościowuje, i nasza pustka po zmianie systemu zapełniana jest marzeniami o dobrobycie zwiastującym szczęście. Pełne i satysfakcjonujące. Trudno się temu dziwić, gdy wychodzi się z pustych sklepowych półek, z biedy i z poczucia braku.

Tylko, że aby osiągnąć to szczęście trzeba się wcześniej poświęcić. Widzimy więc ludzi, którzy z nadziejami rzucają się w wir nowych wyzwań, gdzie wszystko się przeobraża, bezustannie gnając do przodu. Ta iluzja może niekiedy bawić, ale tak w latach ’90 jak i w czasach współczesnych, wystarcza, aby organizować wysiłek i rodzić determinację, aż po kres wytrzymałości, jakby nie można było celu poświęcić na coś przyziemniejszego.

O tym traktuje powieść „Nic” Dawida Bieńkowskiego. Z wiarą w lepsze życie bohaterowie wchodzą w tryby kapitalizmu, który zaczyna ich łamać, przekuwając w kogoś biegunowo innego. I nie ma od tego ucieczki: przewartościowanie wartości tworzy nową hierarchię społeczną i bez podjęcia rywalizacji, łatwo się wypada z obiegu. Dlatego jeden z bohaterów powieści przytomnie zauważa, że jedno zniewolenie zamieniliśmy na inne.

Tak oto wraz z kapitalistycznym postępem, wolność znów się zmieniła, przybierając szaty średniowiecznych koncepcji, gdzie utożsamiana z wolną wolą - zwłaszcza od czasów św. Augustyna – miała charakter dobrego daru, lecz źle użytkowanego przez niedoskonałych ludzi. Z tej perspektywy błogosławiony jest minimalizm i człowiek dostosowany do szerszego planu, któremu z góry ma się podporządkować. W czasach uprzedmiatawiania człowieka i jego miejsca w przestrzeni pracy, odnajduję w tym zbieżność.

Ostatnia dekada dwudziestego stulecia to czas fundamentalnych przemian, ogromnych przeobrażeń, które przez długie dziesięciolecia będą rzutowały na nas, na nasz kraj i na naszą kulturę. Tamten okres kształtował się pod patetycznymi ideami, które stopniowo malały, przechodząc przez różnorodne mutacje. Wtedy zaczyna się postęp, który okazał się dla nich regresem. Jak widać, przestrzeń związana z pojęciem wolności ewoluowała, tracąc swój zakres i samo znaczenie. Dwadzieścia lat później widzimy jak wyjałowiała i zmieniła pozycję. Takich pojęć i podobnych degradacji możemy mnożyć bez liku. I pewnie nie jest to nic nadzwyczajnego, kiedy zmieniają się epoki. Bo lata '90 to czas prawdziewgo przełomu, który sięga daleko poza obszar Polski czy kontynentu Europy. Pozostaje nam mieć nadzieję, że kierunek tych przemian zakończy się saldem dodatnim. Czyli będzie się zgadzał rachunek.


Marek Mróz - uczestnik konwersatoriów, bloger.

 

 

Eseje "Dekady (nie)ograniczonych możliwości" publikowane są na licencji: [CC-BY 3.0 Polska] http://creativecommons.org/licenses/by/3.0/deed.pl

 

Program "Dekada (nie)ograniczonych możliwości" dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra 2014”.